Książki
Zajebista pozycja. Tak głupia że nawet śmieszna. Czytając śmiałem się jak pojob. Polecam każdemu!

Lewy, te książki Korwina to takie prawdziwe czy to jakieś ciękie broszurki? Gdzie je dostać? Bo na allegro mało ofert, więc myśle że w księgarniach podobnie.


Normalne książki. "Nie tylko o Żydach" miała chyba ok. 200 stron. Ostatnio wydawnictwo Red Horse (z Lublina) wydało 3 zbiory felietonów Korwina, są one powszechnie dostępne w EMPiK-ach i księgarniach ("Kto tu dymi?", "Wolność do trzymania za mordę", "Nerwy puściły, czyli kupa wariatów"). To już grubsze pozycje, ale czyta się znakomicie.

     

  Książki
Wczoraj dość tanio kupiłem i przeczytałem Janusza Korwin-Mikkego "Nerwy puściły, czyli kupa wariatów". To zbiór felietonów tego autora publikowanych w szeregu pism ("NCzas!", "Angora", "Temi" itd.) pogrupowanych tematycznie (Demokracja i ustrój, wybory, służba bezpieczeństwa i lustracja oraz polityka europejska i światowa). Prawdę mówiąc, nic ponad to, co wiedziałem o poglądach Korwin-Mikkego się nie dowiedziałem, jego wypowiedzi na te same tematy w Internecie już wiele razy czytałem/słyszałem, ale mimo wszystko jako takie kompendium Korwin-Mikkego jest okej.

Teraz sobie kupię "Polactwo' wreszcie.

  [książka] Co to ja ostatnio przeczytałem
Choć w sumie jak miałbym czytać "Folwark Zwierzęcy" (film oglądaliśmy) to bym nie wyrobił.
.



Też nie rozumiem jak można tak napisać.

Ostatnio łyknąłem ,,Wolność Pod Ostrzałem'' Rona Paula, ,,Medaliony'' Nałkowskiej, i ,,Nerwy Puściły, Czyli Kupa Wariatów'' Korwina-Mikkego. Kończę właśnie ,,Interwencjonizm'' Misesa.

Zabieram się za ,,Free To Choose'' Miltona Friedmana. Pieprzona biblia myśli wolnościowej.

TymoN dnia 05 Mar 2009, 15:44, w całości zmieniany 1 raz

  Janusz Korwin-Mikke w Toruniu!
Jak to spotkanie autorskie, pytania, itd. Nie mam pojęcia na jaki temat zejdzie dyskusja, Korwin jest erudytą i można z nim pogadać o wszystkim
Ludzie przyjdą pewnie po autografy do książek (ostatnio wydał zbiory felietonów: "Kto tu dymi", "Nerwy puściły, czyli kupa wariatów", "Wolność do trzymania za mordę"). Może zrobi jakiś mały wykładzik - zobaczymy!

     

  1
Janusz Korwin-Mikke. Polecam zbiory jego felietonów pt. "Kto tu dymi" (to zwłaszcza) i "Nerwy puściły, czyli kupa wariatów". Pisze tam dużo na temat stereotypów i błędnych wniosków (które obala za pomocą rzeczowej argumentacji) dotyczących m.in. feminizmu, równouprawnienia, prawa do posiadania broni, wolnego wyboru, edukacji, monarchii, d***kracji i wielu innych, pomniejszych zagadnień, jak kara śmierci. Co prawda, niekiedy bywa stronniczy (zwłaszcza w kwestii feminizmu i równouprawnienia, gdzie pisze zarówno słuszne uwagi i spostrzeżenia, jak i zwyczajne bzdury). Do Korwina mam więc niejednoznaczny stosunek, ale jednak zdecydowanie in plus. Oderwany od rzeczywistości, ale inteligentny. Przesadzający w swoim antyfeminizmie i antydemokratyzmie, ale często mający rację - tak można go w dużym skrócie podsumować.

  PIS co to jest
wszyscy już czytali?
http://www.nczas.com/?a=spis_tresci
Wojna prezesa - Dariusz Kos
Nerwy puściły, czyli kupa wariatów - Janusz Korwin-Mikke
Przesłanie starożytnych - Marek Arpad-Kowalski
Nadwiślańska afera profumo - Stanisław Michalkiewicz
Czekając na anty-Balcerowicza - Krzysztof Mazur

Kto czyta nie błądzi - Q

  Książki
Jak twierdzą historycy, rok 2007 skończył się bezpowrotnie. Podsumuję teraz moją działalność w dziedzinie czytania książek. Miało być 100, ostatecznie stanęło na 35. Postaram się poprawić w nowym, 2008 roku.

STYCZEŃ
1.„Michnikowszczyzna. Zapis choroby” - Rafał A. Ziemkiewicz [2006]
2.„Kariera Nikodema Dyzmy” - Tadeusz Dołęga-Mostowicz [1932]
3.„Polactwo” - Rafał A. Ziemkiewicz [2004]
4.„Rozmowy z katem” - Kazimierz Moczarski [1972]
5.„Psie serce” - Michaił Bułhakow [1926]
6.„Podróże z Herodotem” - Ryszard Kapuściński [2004]
7.„Autoportret reportera” - Ryszard Kapuściński [2003]
LUTY
8.„Blaszany bębenek” - Günter Grass [1959]
9.„Malowany ptak” - Jerzy Kosiński [1965]
10.„Sekrety Seksu” - Kazimierz Imieliński [1990]
MARZEC
11.„Wilk stepowy” - Hermann Hesse [1927]
12.„Widma w mieście Breslau” - Marek Krajewski [2005]
13.„Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” - Dorota Masłowska [2002]
KWIECIEŃ
14.„Sto lat samotności” - Gabriel García Márquez [1967]
15.„Pachnidło” - Patrick Süskind [1985]
16.„Mini wykłady o maxi sprawach – seria druga” - Leszek Kołakowski [1999]
MAJ
17.„Rok 1984” - George Orwell [1949]
18.„Łuk triumfalny” - Erich Maria Remarque [1946]
19.„Nie tylko o Żydach” - Janusz Korwin-Mikke [1991]
CZERWIEC
20.„Vademecum ojca” - Janusz Korwin-Mikke [1997]
21.„Listonosz” - Charles Bukowski [1971]
LIPIEC
22.„Platforma” - Michel Houellebecq [2001]
23.„Festung Breslau” - Marek Krajewski [2006]
24.„Obsługiwałem angielskiego króla” - Bohumil Hrabal [1980]
SIERPIEŃ
25.„Hawaje. Archipelag magiczny” - Bożena Jarnot, Robert Andrzej Dul [2003]
WRZESIEŃ
26.„Miłość w czasach zarazy” - Gabriel García Márquez [1985]
PAŹDZIERNIK
27.„Kto tu dymi?” - Janusz Korwin-Mikke [2007]
28.„Nerwy puściły, czyli kupa wariatów” - Janusz Korwin-Mikke [2007]
LISTOPAD
29.„Koniec świata w Breslau” - Marek Krajewski [2003]
30.„Tyskie. Vademecum piwa” - Michael Jackson [2007]
31.„Pamiętniki Adama i Ewy” - Mark Twain [1904/1906]
32.„Ojciec chrzestny” - Mario Puzo [1969]
33.„Wolność do trzymania za mordę” - Janusz Korwin-Mikke [2007]
34.„Kroniki Jakuba Wędrowycza” - Andrzej Pilipiuk [2001]
GRUDZIEŃ
35.„Komu bije dzwon” - Ernest Hemingway [1940]

  Co dostaliście?
Co dostaliście pod choinke?

Jeśli o mnie chodzi to dostałem:
- Głośniki Creative T3100
- NFS Carbon (na PC)
- Książke Janusza Korwina-Mikke, ''Nerwy puściły, czyli kupa wariatów''

Ogólnie jestem zadowolony ^^

  [KRYMINALNI][NZ] Miłość za pieniądze
Bliźniaczki&Kasieńka przedstawiają:



„[Pieniądze].
Lepsze niż seks.
[Pieniądze].
Lepsze niż gorąca kobieta w zimną noc.
[Pieniądze].
Lepsze niż łyk ulubionej whisky.
Lepsze niż stek i jajka na śniadanie, niż alkohol, łatwe kobiety, wygodne łóżko, wszystkie łóżka świata.
Zachorował na nie. Było jak narkotyk. Jak złoty żuk. Jeśli nie ugryzie, nie ma na to lekarstwa. Umierasz i zabierasz je do grobu.
Pragnął [pieniędzy]. Chciał na nie patrzeć, dotykać, chciał je mieć.”

Część 1.

Miasto Warszawa było świadkiem jego narodzin dwadzieścia pięć lat temu. To tu się wychował, na „Warszawskich Blachach” - dzielnicy nędzy i rozpusty. Bez ojca. Wyjechał, kiedy miał dwa miesiące. Bez matki. Ta ciężko harowała, żeby wiązali koniec z końcem i doczekali do pierwszego każdego miesiąca. Przez to wielu rzeczy go nie nauczyła. Musiał radzić sobie sam. Dużo czasu spędzał na ulicy. To ona była jego drugą matką. Tam sporo widział i teraz wie na tyle sporo, że nie chciał takiego życia. Już od dziecka cenił pieniądz, jaki tylko wpadł mu w ręce. Traktował pieniądze jak przepustkę do lepszego świata. Wydawał każdy grosz na przyjemności: najpierw były to lizaki, cukierki, czekolada. Gdy dorastał piwo, papierosy, wódka. A skończywszy na narkotykach i dziwkach. Nie potrafił oszczędzać, zabezpieczać zaoszczędzonego kapitału. Często bezmyślnie trwonił je i wszystko przepuszczał, nie patrząc, czy starczy mu na chleb. Wyznawał zasadę, że „Lepiej teraz, niż później”. Pieniądze dają szczęście, a szczęściem dla niego była możliwość ich wydawania na coraz to większe kaprysy. Modne ubrania, szybkie samochody, a co za tym idzie najlepsze dziewczyny w najmodniejszych agencjach towarzyskich. Nigdy nie szukał dziewcząt. Stanowiły dla niego niepotrzebny wydatek. Kwiaty, perfumy, „gumki”. Wolał iść, zapłacić za usługę i mieć święty spokój. Nie był zdolny do uczuć wyższych. Szanował jedynie matkę i przyjaciół. Jeszcze nie był tak wyrachowany, by szanować tych, którzy dają mu więcej. Miał swoje cele i póki nie zdobędzie majątku, nie może ich realizować. Jedyną rozrywkę stanowiło zdobywanie pieniędzy. A imał się różnych sposobów. Praca. Nie spodobała mu się. Narobisz osiem godzin, a płacą ci jakieś ochłapy ze stołu. Pożyczki? Nie miał pokrycia, bo nie wykazywał stałych dochodów. Żaden bank nie udzieliłby mu kredytu, a on często popadał w długi. Szybko jednak oddawał. Miał wrodzony zmysł kombinatora i niezwykle kreatywny umysł. Wygrana na loterii i wiara w cud? Więcej stracisz, niż zyskasz, czekając, kiedy zły los się do Ciebie uśmiechnie. Miał dość czekania. Chciał teraz, zaraz, już. Próbował wielu, aż odkrył niezawodny patent. Kradzież. Nie, nie dosłowna. Nie należał do kieszonkowców, okradających babcię na ulicach. Nie okradał mieszkań, nie rabował samochodów, nie napadał na jubilera, czy banki. Wszystko zgodnie z prawem. Nie chciał iść siedzieć. Sprytnie kradzież, zamienił na oszustwo, a potem znikał, jakby się zapadł pod ziemię. Bez śladu… Taki już był…Marek Brodecki. Młody, zabójczo przystojny. Oczy niebieskie, włosy bujne, czarne. Zawsze układały się tak, że dawały mu łobuzerski charakter. Dwudniowy zarost. Męski, a przy tym z dusza małego chłopczyka. Podobał się kobietom. To uznał za swój największy atut i wiedział, że dzięki urodzie zdobędzie „hajs”. Przyciągał jak magnez każda. Nie ważne, czy młoda, ładna, czy stara i pomarszczona. Zawsze od nich chciał tego samego…Ale wyznaczył pewną granicę. Nie rozkochiwał starszych od swojej matki, a ta miała czterdzieści pięć lat.

Wyszedł z łazienki, poprawiając kołnierz od koszuli i mankiety. Pokój był bardzo przytulny, a ściany w kolorze krwistej czerwieni. Nowoczesny budynek w centrum stolicy. Na łóżku siedziała młoda brunetka, popalająca papierosa. Uśmiechnął się zawadiacko i położył się obok niej. Wyrwał od niej papierosa i zagasił. Kiedy dziewczyna chciała coś powiedzieć, przystawił palec do jej ust.
- Nie słyszałaś, że palenie szkodzi na cerę? …Nieładnie! – pochylił się jeszcze bliżej jej dużych warg i namiętnie pocałował, wyciągając jednocześnie z tylniej kieszeni jeansów dwustuzłotowy banknot. Odebrała do ręki z uśmiechem zadowolenia na ustach.
- Tylko tyle? - skrzywiła się, kiedy zobaczyła nominał. - Myślałam, że dzisiaj zapłacić extra! Zawsze byłeś hojny! – dodała przymilnie, mierzwiąc jego włosy. Chciała wyciągnąć od niego więcej forsy. Chłopak zrobił jednak kwaśną minę. Prawda była taka, że to były jego ostatnie pieniądze. Znowu wolał wydać je na dziwkę, niż zachować na czarną godzinę.
- Obiecuję, że następnym razem będzie więcej! – dodał poważnie, innym akcentem. - Dzisiaj… Mniej mi się podobało! – rzucił, przejeżdżając palcem po jej nagim ramieniu - Postarasz się bardziej, będzie więcej! – skłamał.
- I tak jestem ciekawa, skąd bierzesz tyle kasy! – pozwoliła sobie na prywatny komentarz, rozprostowując banknot.
- A to już skarbie, nie twój interes! – dowiązując buty. Pocałował ją jeszcze na pożegnanie i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Po opuszczeniu lokalu wsiadł do czarnego mercedesa, zwanego przez niego pieszczotliwie „Mesiem”. Właściwie to była jedyna rzecz do której się naprawdę przywiązał. Nie traktował auta jedynie jak coś, na co podrywa się dziewczyny, a… jak kogoś bliskiego. Spod „domu uciechy” nie pojechał jednakże do swojego mieszkania na warszawskim Bemowie, a do najlepszego i jedynego zarazem przyjaciela, Filipa. Ich przyjaźń trwała w zasadzie od kiedy tylko sięgali pamięcią. Wychowywali się razem na jednej ulicy, w sąsiednich blokach. Najpierw byli towarzyszami wspólnych zabaw (w berkach, chowanego, itd.), później razem chodzili na dziewczyny, piwo… Zarówno Marek jak i Filip pochodzili z trudnych rodzin. Musieli być twardzi od małego, by przetrwać wśród tych obdrapanych bloków, gdzie jednym prawem, było prawo pieści. Pili, eksperymentowali z używkami. Utrzymywali się głównie z handlu narkotykami, na czym zarabiali niezły „szmal”. Kiedy już dorośli też umieli ustawić się w życiu. Marek został oszustem matrymonialnym, czyli wzbogacał się kosztem niewinnych, pragnących miłości kobiet. Filip otworzył własną fabrykę, zajmującą się produkcją wódki, czyli potocznie mówiąc: gorzelnię.
Brodecki zapukał do drzwi raz, drugi, trzeci… Wreszcie stanął w nich jego przyjaciel. Trzymał w dłoni drinka z palemką, miał niedopięy rozporek i wyglądał na ogólnie rozradowanego. Podobnie jak Marek lubił się dobrze bawić.
- Siema, nie przeszkadzam? – zapytał Brodecki, z zaciekawieniem zaglądając przez ramię Filipa.
- Stary, ty nigdy! Właź – przepuścił go w przejściu. Marek czuł się tu jak u siebie. Wszedł w głąb mieszkania i rozsiadł się na fotelu, niedbale rzucając obok skórzaną kurtkę.
- Sam jesteś? – zagadnął.
- Nie, ale zaraz będę. Zaczekaj chwilę – podążył w kierunku sypialni – Anka, dość tej zabawy! Zbieraj się! – doszedł Brodeckiego głos przyjaciela.
Już po chwili z pokoju wyszła zakładająca w biegu bluzkę, młoda, ładna blondynka. Oboje z Filipem mieli słabość do dziewczyn właśnie w takim kolorze włosów.
- A może byśmy tak we trójkę…? - zwróciła się do Marka figlarnie się uśmiechając. Już na pierwszy rzut oka się jej spodobał.
- Sory, ale na dziś starczy mi tych „przyjemności” – mrugnął do niej oczkiem – Może innym razem.
- Ty jeszcze tu? – zapytał Filip dziewczynę, dołączając do nich.
- A zapłata?
- Dla Was kobiet tylko kasa się liczy – westchnął i podał jej kilka banknotów stuzłotowych.
- A dla Was mężczyzn nie?
- No już, spadaj! – pośpieszył ją.
- Czego się napijesz? – zagadnął Brodeckiego po wyjściu dziewczyny - Whisky, koniak,…
- Nie, dzięki – przerwał mu – Mam sprawę…
- No dawaj!
- Potrzebuję kasy – stwierdził rzeczowo.
- Ile? Stówę, dwie? – sięgnął po portfel.
- Więcej… Mam długi i to całkiem spore.
- No to w takim razie przykro mi, ale chyba nie będę w stanie Ci pomóc. Ostatnio u mnie z kasą też krucho, a poza tym… wisisz mi już parę kawałków.
- Niech Cię szlag – powiedział bardziej w żartach.
- Skoro potrzebujesz kasy… to nie możesz obrobić jakiejś kolejnej panienki? – uśmiechnął się chytrze.
- Na razie nie znalazłem odpowiedniej, ale jestem w trakcie poszukiwań. A później to już pozostaje tylko zbajerować i…
- Wydoić z kasy – dokończył ze śmiechem Filip – Brachu, masz do tego dryg, wierz mi!
- No ba! Bo mnie kobiety kochają! – orzekł z wyższością – Dobra, będę się zwijać. Wpadnę później pochwalić się nową zdobyczą – wyszczerzył zęby w charakterystycznym uśmieszku.
Kilka minut później z piskiem opon, odjechał z parkingu.

Komenda Stołeczna Policji. Miejsce pracy jak każde inne. Ludzie tacy sami, tylko może ich zawód jest bardziej niebezpieczny. To właśnie tego miejsca wystrzegając się różni łotrzy, oszuści, łajdaki. Unikają wymiaru sprawiedliwości, wierząc, że są nieuchwytni, a zasłużona kara ich ominie. Obrzucają najróżniejszymi epitetami stróżów prawa jakby byli najgorszymi z najgorszych, nie dostrzegając swoich wad. A policjanci po prostu w coś wierzą. Wierzą, że mogą zrobić cokolwiek abyśmy my czuli się bezpieczni, wychodząc w nocy na ulicę. Nie każdemu się udaje, ale są też tacy, dla których praca to wszystko. Praca stanowi sens życia, praca jest pasją. Poświęcają jej wszystko, kosztem rodziny i … miłości.
Siedziała za swoim biurkiem, wypisując akta. Był to jeden z nielicznych dni, których nie musiała zaczynać od widoku krwi i ludzkiej tragedii. Ale też nie mogła nie powiedzieć, że teraz jest wspaniale, ale była w świetnym humorze. Wypisując długopis, podśpiewywała jakąś melodię. Nie lubiła jednak siedzieć bezczynnie. Ona wolała działać. Niska, drobniutka blondynka, o dużych orzechowych oczach była nieliczną z kobiet, które doskonale odnalazły się w męskim zawodzie i roli twardej pani podkomisarz, pomagając Adamowi Zawadzie w sekcji do spraw zabójstw. Jej przełożony był dumny ze swojej podopiecznej. Łączyła ich tez oprócz przyjaźni, typowo ojcowska więź.
Ciszę ogarniającą całe niewielkie pomieszczenie, oddzielone od korytarza jedynie przez niski blat, przerwało czyjeś nadejście. Intuicyjnie podniosła głowę słysząc jakieś kroki. A jej delikatny uśmiech stopniowo się powiększał na widok mężczyzny, który właśnie wchodził. Wysoki, blondyn w jeansach, koszuli i czarnej marynarce. Spojrzał na nią i uśmiechnął się blado.
- Damian? Heeeej! – wstała i podbiegła do niego radośnie, z wyciągniętymi ku niemu rękoma. – Cześć kochanie! – uwiesiła mu się na szyi, wspinając się na palce i pocałowała.
- Cześć! – odsunął ją delikatnie od siebie, patrząc w oczy.
- Co ty tu robisz? Myślałam, że jak wyszedłeś rano z mieszkania, zobaczymy się dopiero wieczorem! …- nic nie odpowiedział, spuścił głowę, zbierając myśli w sensowne zdania. - Jesteś jakiś poddenerwowany… - przyglądała mu się z błyskiem w oku, delikatnie głaszcząc palcem jego policzek. - Coś się stało? – zapytała troskliwie. Miała nadzieję, że uda jej się wyczytać z jego miny powód jego nietypowego zachowania. Zawsze był skryty, ale ona sama, intuicyjnie wyczuwała, kiedy miał problem.
- Nie, nic się nie stało! – uśmiechnął się sztucznie. Spoglądał jej prosto w oczy. Były niepewne i też nie lśniły jak Basi. Raczej zachowawcze, chłodne, stanowcze.
- Już nie mogę się doczekać dnia naszego ślubu! Wybrałam już zaproszenia, jutro idę obejrzeć sale, zapowiedzi w kościele poszły! …A! A sukienkę ślubną już mam upatrzoną, ale… - była tak zauroczona ukochanym i podekscytowana, że nie zauważyła, że coś jest nie tak.
- Basiu…Posłuchaj… - zaczął niepewnie, ale dalej nie mógł się przebić przez jej głos.
- A po co ci te walizki? Wyjeżdżasz gdzieś znowu? – skinęła głową i ze smutkiem popatrzyła mu w oczy. – Nie teraz, kiedy mamy tyle na głowie…
- Baśka! Posłuchaj mnie wreszcie! – podniósł nieco ton, na co dziewczyna zamrugała powiekami z niezrozumieniem. – Wyprowadzam się! – dodał spokojnie.
- Słucham? – zapytała z przerażeniem, ale po chwili uznała to, jako żart. – Boshe…Ale mnie przestraszyłeś! Myślałam, że mówisz poważnie! – puknęła go w ramię śmiejąc się po cichu.
- Bo mówię poważnie! Baśka, wyprowadzam się…do innej kobiety! Teraz rozumiesz?
- Ale co…co ty…mówisz? – wyjąkała cicho, przewracając oczami. Nie mogła w to uwierzyć. Odsunęła się od niego o krok.
- Sam nie wiedziałem, że to się tak skończy! Z początku myślałem, że to była tylko chwila słabości… Nawet nie chciałem ci o tym mówić… Tak bardzo cieszyłaś się z naszego ślubu i ja też, nie chciałem tego psuć! …Ale z czasem zrozumiałem, że nie! Że to ta! ...To z nią chcę stworzyć rodzinę…Chciałem ci powiedzieć wcześniej, ale…brakło mi odwagi. …Przepraszam cię! – w jego głosie szło dostrzec skruchę, ale jej ona nie przekonała. Serce pękało jej na pół. Jej wszystkie plany, marzenia…Wszystko legło w gruzach, kiedy jej narzeczony, osoba, której ufała i kochała najbardziej na świecie porzuca ją dla innej. Łzy spływały po jej policzku. Była w ciężkim szoku, ale z całej sytuacji chciała wyjść z twarzą. Nie chciała pokazać po sobie słabości.
- Wyjdź! – szepnęła.
- Basia…Naprawdę nie chciałem! Jestem wdzięczny za twoją miłość! Naprawdę ją doceniam! Jest mi przykro, bardzo…wybacz mi! – chciał ją chwycić za ramię, nie mogąc patrzeć jak płacze. Żałował tego co zrobił ale czuł, że postąpił słusznie przestając ją oszukiwać. Odtrąciła go.
- Wypieprzaj!!! – krzyknęła, popychając go w kierunku wyjścia. – Nie chcę cię już nigdy więcej widzieć!! Ty draniu! – odprowadziła go wzrokiem, a potem, kiedy już zniknął za drzwiami wejściowymi, zsunęła się po ścianie i wybuchła płaczem.

Przez resztę dnia była smutna i przybita. Adam oczywiście, szybko to zauważył, była przecież dla niego jak córka. Jednak ona zbywała go, mówiąc, że nienajlepiej się dziś czuje przez aurę panującą za oknem, która była nad wyraz deszczowa. Komisarz o nic więcej nie pytał, ale był niemal pewien, że chodzi o coś poważniejszego. Raz przyłapał ją nawet jak ocierała dyskretnie łzy. Postanowił mimo wszystko nie naciskać na nią, jeśli zechce sama mu o wszystkim powie.
Storosz do domu wróciła z niechęcią. Wszystko tu przypominało jej Damiana. Kanapa, na której wtuleni w siebie przesiadywali w takie wieczory jak dziś, wspólne zdjęcia porozstawiane po szafkach, jego ulubiony kubek… Apogeum rozpaczy osiągnęła, gdy znalazła pod łóżkiem jego koszulę, którą w pośpiechu zapewne zapomniał spakować. „Dlaczego?” – w jej głowie wciąż huczało to pytanie, powracając jak bumerang. Przecież było im ze sobą tak dobrze, często powtarzał jej jak ją kocha. A teraz tak po prostu zostawił ją miesiąc przed ślubem. I to dla jakiejś „lafiryndy” – jak zwykła ją nazywać w myślach. Ale dość tego! Nie będzie się już zamartwiać z powodu tego „dupka”. Z szafy wyciągnęła czerwoną, bluzeczkę z dekoltem, której nie miała na sobie jeszcze ani razu. Do tego czarne rurki i szpilki w tym samym kolorze. Włosy zostawiła rozpuszczone, tak by swobodnie mogły opadać jej na ramiona. „Jest całkiem nieźle” – pomyślała, widząc przed lustrem efekt swoich zabiegów. Z mieszkania wyszła w już nieco lepszym humorze. Wsiadła do samochodu i pojechała w kierunku jednego z warszawskich barów.

Weszła do środka i rozejrzała się z zaciekawieniem. Już na pierwszy rzut oka bar był bardzo przytulny, a młody chłopak stojący za barem sprawiał wrażenie sympatycznego. Pomieszczenie oświetlały jedynie malutkie lampki na stolikach, czy zawieszone pod sufitem, co dawało niepowtarzalny klimat. Z drewna wykonano tu prawie wszystko. Stoliki, krzesła, nawet bar. Gdzieś w rogu stało oświetlone akwarium z wielkimi rybami. Ściany miały czerwono – żółty kolor, a wielkie okna dawały nocą widok na oświetloną latarniami stolicę. Nie był to typowo zadymiony, przeludniony lokal, choć nie jedna osoba spędzała tu mile czas. Muzyka jazzowa, przyjemna dla ucha, bez dyskotekowych bitów. Po prostu spokojny bar, dla ludzi na poziomie, raczej mało spotykany w Warszawie.
- Co podać? – zapytał barman, gdy zajęła jedno z pustych krzeseł.
- Drinka.
- Jakiego?
- Najmocniejszego – odparła bez zastanowienia. Przyszła tu z zamiarem upicia się. Chociaż przez ten jeden wieczór nie chciała myśleć o świństwie, jakie wyrządził jej Damian.
- Widzę, że nastrój nie dopisuje. Kłopoty z facetem, w pracy? – zagadnął chłopak, widząc, że dziewczyna jest nie w nastroju.
- Nie przyszłam tu do terapeuty, tylko się napić! Poda mi pan w końcu tego drinka? – rzuciła już nieco zdenerwowana.
- Tak, już – odpowiedział urażony jej opryskliwością.
Wypiła jednego drinka, zaraz po tym drugiego, nie zważając na dziwnie patrzącego na nią barmana. Nieco już wstawiona, sączyła trzeciego, gdy usłyszała nad uchem ciepły, męski głos.
- Cześć, mogę postawić Ci drinka?
- Obejdzie się. Mam swojego – nawet na niego nie spojrzała. Była wrogo nastawiana w stosunku do wszelkich przedstawicieli płci przeciwnej.
- No to może postawię Ci drugiego? – nie poddawał się.
- Wiesz co? Spadaj! Wy wszyscy jesteście tacy sami! – w końcu obróciła głowę w jego kierunku. I mimo, że starała się zniwelować w sobie uczucie zachwytu, nie potrafiła oprzeć się stwierdzeniu, że jest przystojny. Ba! Zabójczo przystojny. I te oczy! Jego błękitne spojrzenie przypominało jej akwamaryn, piękny i tajemniczy jednocześnie.
- Jacy my? – uniósł do góry jedną brew.
- Faceci! Najpierw spacery, pocałunki, oświadczyny, a później zostawiacie miesiąc przed ślubem dla jakiejś cizi!
- Musiałaś trafić na jakiegoś dupka! Nie był wart takiej ślicznej i mądrej dziewczyny jak ty – uśmiechnął się czarująco.
Ona najpierw spojrzała na niego jak na wariata, a później… wybuchła niepohamowanym śmiechem. Już dawno nikt nie rozbawił jej tak, jak ten tajemniczy nieznajomy.
- I co się śmiejesz? Mówię prawdę! – udał oburzenie.
- Nie wysilaj się, mam w domu lustro. A jeśli chcesz wyrwać panienką na jedną noc, to chyba coś Ci się pomyliło. Nie należę do takich kobiet.
- No skoro z podrywu nici to możemy chociaż pogadać? Po koleżeńsku.
- Po koleżeńsku, mówisz? – popatrzyła na niego z lekką niepewnością.
Przytaknął, nie spuszczając z niej wzroku. Zafascynowała go. I nie chodziło tu o urodę, czy ubranie, chociaż to też mu się podobało. Ta dziewczyna miała w sobie jakiś magnes, który w jakiś niewytłumaczalny sposób go do siebie przyciągał.
- Tylko najpierw muszę coś wiedzieć… - dodał.
- Niby co? – znowu przybrała bojowy ton.
- Muszę wiedzieć… - celowo zrobił pauzę – Muszę wiedzieć jak masz na imię…
- To o to chodzi – znowu doszedł go jej perlisty śmiech – Basia.
- Marek – uścisnął jej dłoń – To co powiesz mi, dlaczego jesteś smutna?
- Skąd wiesz, że jestem smutna?
- Bo… masz takie smutne oczy – obdarzył ją przenikliwym spojrzeniem, aż po jej ciele przeszedł dreszcz.
Storosz wzięła głęboki wdech i zaczęła swoją historię. Miała potrzebę wygadania się komuś, a Marek wzbudzał jej zaufanie.
- Damiana poznałam rok temu na wakacjach nad morzem. Pierwszego dnia zaprosił mnie na spacer po molo. Już wtedy wpadł mi w oko. Potem umawialiśmy się już regularnie to na kawę, to na kolejne spacery brzegiem morza. Okazało się, że jest z Warszawy, więc mogliśmy kontynuować naszą znajomość w stolicy. No i tak z czasem… zakochaliśmy się w sobie. Po paru miesiącach, Damian wprowadził się do mnie. W dzień, w którym mi się oświadczył, byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie. Zaczęliśmy planować ślub. W trakcie przygotować Damian wyjechał na kilka dni w delegację. Wrócił jakiś odmieniony, ale ja byłam tak zafascynowana przygotowaniami, że nawet tego nie zauważyłam. Miesiąc przed ślubem, czyli dziś… zostawił mnie dla jakiejś dawnej znajomej, poznanej na tym wyjeździe – głoś jej zadrżał – No i szlag wszystko trafił! Całe przygotowania poszły na marne! Nawet nie wiem, co mam teraz zrobić z tymi pieniędzmi, które mi zostały.
- Jakimi pieniędzmi? – ożywił się.
- Ciocia Krysia, która mieszka od lat w Stanach przysłała mi pięćdziesiąt tysięcy na ślub… a teraz nie mam pojęcia co z nimi zrobić.
Brodecki uśmiechnął się pod nosem. Kochał pieniądze ponad wszystko, a teraz nadarzyła się doskonała okazja, by się wzbogacić. Nie potrafił oprzeć się pokusie…

Część 2.

Te pięćdziesiąt kawałków przyciągało go do niej, jak magnez. Początkowo nie myślał, że akurat ta, niewinna rozmowa, może zakończyć jego problemy, wyprowadzić na prostą. „Pięćdziesiąt tysięcy” – huczało mu w głowie. Nie spodziewał się, że ta dziewczyna jest tak nadziana. Widywał tu kobiety z fortunami męża, ale przeważnie stare i brzydkie. Kiedy ujrzał Basię, ta od razu go zainteresowała. Spodobała mu się typowo fizycznie. Blondynka, co już było jej dużym plusem, atutem samym w sobie. Do tego zgrabna, smukła sylwetka, buzia przyjemna i naturalna. Nie pamiętał, by widział ją kiedykolwiek wcześniej, a bywał w tym lokalu stosunkowo często. Pomyślał, że najwyraźniej był tak zapatrzony w starsze panie, że na nikogo innego nie zwracał uwagi. Z chwilą, gdy skierował swoje badawcze spojrzenie na bar, uśmiechnął się do siebie. Bo po co miałby i tym razem płacić za chwile przyjemności. Seks z przypadkowo poznaną dziewczyną, bez zobowiązań, byłby, jakby nie patrzeć, pewną odskocznią od codzienności. Dawno już tego nie robił. Nie podrywał dziewcząt. Nie tak spontanicznie. Sypiał z kobietami albo z przymusu, by te otworzyły swoje „sakiewki z pieniędzmi”, albo gdy tego potrzebował i korzystał z usług profesjonalistek. Tym razem miało być inaczej. Chciał choć na chwilę zapomnieć o długach. Jednakże perspektywa szybkiej kasy przesłoniła te wcześniejsze zamiary. „Pięćdziesiąt tysięcy, pięćdziesiąt tysięcy” – serce od razu szybciej zabiło dla tych pięćdziesięciu tysięcy. To by rozwiązywało wszystkie jego problemy. Był w amoku. Uśmiechnął się do siebie już czując, jak trzyma te pieniądze w dłoni. Jak je dotyka, jak są jego. Już czuł ich zapach…
- Ej, halo? – pomachała mu przed oczami, kiedy od razu sekund wpatrywał się w martwy punk na ścianie.
Zmrużyła oczy, przyglądając się mu podejrzliwie. Zdziwiła ją jego reakcja, kiedy powiedziała mu o tych pieniądzach. Chyba do końca nie zdawała sobie sprawy z tego, co robi. W normalnych okolicznościach (gdyby nie była załamana i nieco wstawiona) pewnie nie powiedziałaby mu połowy tego, co teraz. Biorąc jednak pod uwagę, to, że facet był tak sympatyczny, szczery, o oczach, które pragnęły, by słuchać każdej historii i tym niebanalnym uśmiechu, nie potrafiła się opanować. Była bezsilna. Miękły jej kolana za każdym razem, kiedy zauważyła, jak się jej przygląda, myśląc, że ona tego nie widzi.
- Co? …Przepraszam, zamyśliłem się! – znów posłał w jej kierunku uroczy uśmiech.
- Tajemniczy jesteś…- przygryzła lekko dolną wargę, jak zawsze, kiedy zastanawiała się nad jakąś łamigłówką, czy zagadką w prowadzonej sprawie kryminalnej.
Nieświadomie patrzyła mu w oczy, ale kiedy Marek skierował wzrok na jej usta, speszona spuściła wzrok
- Jeszcze jeden! – poprosiła o kolejnego drinka.
- Na mój koszt! – położył na blacie pięćdziesiąt złotych, jakie znalazł po kieszeniach.
Uśmiechnęła się do siebie, widząc jego hojność. Wydał jej się w tym taki szarmancki. Kolejnych drinków już nie liczyła. Świetnie się jej z nim rozmawiało. Bawiła się doskonale w jego towarzystwie. W pewnym momencie, kiedy oboje zaśmiewali się do łez, spojrzała na zegarek, jaki Marek miał przewiązany na przedramieniu.
- Uuuu… Jest późno! Muszę już iść! Rano nie wstanę do pracy! – znowu wybuchła śmiechem i wyciągnęła rękę w jego kierunku, schodząc ze stołka. Zachwiała się przy tym, ale zdołał utrzymać równowagę. - …Miło było cię poznać… - rzuciła nieco nieśmiało, strojąc przy tym śmieszne miny. - …Było…naprawdę miło! – delikatnie, choć zdecydowanie uścisnął jej dłoń, nie odrywając od niej wzroku.
- Mogę cię odwieźć… - zaproponował.
Zmrużyła oczy.
- Eee…lepiej nie… - nie była na tyle pijana, by nie myśleć.
- Nie możesz się włóczyć taksówka po nocach! To niebezpieczne! …A ja chcę się tylko odwieść! Koleżeńsko!
- No dobrze…- zgodziła się, choć miała pewne obawy.
- Ale dasz mi swój numer? – zapytał, kiedy dochodzili do jego auta. Zmrużyła śmiesznie oczy, udając, że się zastanawia, po czym uśmiechnęła się szeroko.

Gdy tylko otworzyła oczy miała wrażenie, że jej czaszka za chwilę eksploduje. W dodatku ta nieprzyjemna suchość w gardle... Rozglądnęła się wokół siebie. Z ulgą stwierdziła, że znajduje się w swojej sypialni i swoim łóżku, a więc tamtej nocy nie postradała resztek zdrowego rozsądku i nie przyprowadziła do mieszkania przypadkowego mężczyzny. Przestraszył ją tylko fakt, że jest w samych figach i koszulce, ale może sama się rozebrała i tego nie pamięta? Ziewnęła szeroko i powlokła się do kuchni z nadzieją, że dawka kofeiny pobudzi ją do życia. Jakież było jej zdziwienie, gdy zobaczyła siedzącego przy stole Marka z kubkiem kawy i o zgrozo w samych bokserkach!
- Cześć – uśmiechnął się – Kawy?
- Yyy… a co ty robisz półnagi w mojej kuchni? – wybałuszyła na niego oczy.
- Nie pamiętasz? Zaproponowałem Ci odwiezienie, a ty się zgodziłaś – odparł.
- To w dalszym ciągu nie wyjaśnia twojej obecności tutaj – zmarszczyła śmiesznie czoło – Marek… czy my wtedy… no wiesz?
- Dobrze, że chociaż moje imię pamiętasz – ukazał rząd bielutkich zębów.
- Zadałam ci pytanie! – uniosła się trochę.
- Nie, nie sypiam na pierwszej randce z dziewczyną, na której naprawdę mi zależy, a na tobie mi zależy – powiedział, a ona odwróciła głowę, gdyż jej policzki pokrył malinowy rumieniec. Pewnie gdyby powiedział to inny mężczyzna, mogłaby pomyśleć, że kłamie, ale Brodecki był w tym, co mówi, tak ujmujący, że nie potrafiła mu nie wierzyć. Właściwie to… zaimponował jej. Nie wykorzystał stanu w jakim się znajdowała, a przecież miał ku temu doskonałą okazję.
- To ty mnie rozebrałeś? – spytała z udawaną pretensją, zakrywając uda koszulką.
- Tak, ale wierz mi, że nie zaglądałem… tam, gdzie nie trzeba. Po prostu… chciałem, żeby było Ci wygodnie.
- Jakiś ty troskliwy! – zaironizowała, śmiejąc się.
- To co chcesz tej kawy?
- Chcę! Mam wielkieeego kaca, umieraaaam! – złapała się za głowę. Teraz to on się roześmiał.
- Pij – podsunął jej kubek z małą czarną – A ja usmażę jakąś jajecznicę. To jedyna potrawa, która zawsze mi wychodzi!
- I serwujesz ją wszystkim dziewczynom, które upiłeś w barze?
- Nie upiłem cię… sama się upiłaś – wytknął jej język.
- Ha ha ha! Nie bądź taki mądry!
Śniadanie upłynęło w miłej atmosferze. Rozmawiali, śmiali się jakby byli kumplami, którzy znają się od lat. Radosną atmosferę przerwała dopiero dzwoniąca komórka Storosz.
- Tak?... Dobrze, zaraz będę… Pa! – rozłączyła się – Muszę jechać – tym razem zwróciła się do Brodeckiego.
- Odwiozę Cię…
- Nie, nie trzeba! Poradzę sobie sama – zapewniła go.
- No dobrze… - przystanął na to, ale z niechęcią – Mogę chociaż do Ciebie zadzwonić?
- Jeśli tylko zechcesz – uśmiechnęła się do niego leciutko.

Miał ochotę krzyczeć, skakać i z kimś podzielić się swoją radosną nowiną: złowił kolejną naiwniaczkę. Znowu się wzbogaci. Zatem nic w tym dziwnego, że dumny z siebie i swojej niezawodnej, a przy tym wrodzonej sztuki wypatrywania zdobyczy, wsiadł do swojego „Mesia” i podjechał pod mieszkanie przyjaciela, na Bemowo. Wspiął się na drugie piętro i energicznie zastukał w drewno. Po chwili w drzwiach pojawił się Filip. Tym razem był sam.
- Hej! – rzucił na wstępie.
Panowie przywitali się młodzieżowym uściskiem dłoni a Marek od razu wlazł jak do siebie.
- Siema… Jaki wesolutki? – bardziej stwierdził niż zapytał przyjaciela, kiedy zamknął za nim drzwi.
Brodecki z szerokim uśmiechem podszedł do barku, nalał sobie i Filipowi szklaneczkę whisky i odwrócił się twarzą do kumpla. Uniósł naczynie z alkoholem nieco w górę.
- Wznoszę toast! – Filip zmarszczył brwi nie bardzo rozumiejąc.
Marek dla niego wyglądał i zachowywał się albo jakby był naćpany, albo jeszcze nie wytrzeźwiał. Nie widział bowiem powodu, dla jakiego „dłużnik” Marek mógłby być tak szczęśliwy. Według Filipa był na autowej pozycji i szybko się z tego nie wyciągnie.
- Nie rozumiem! Za co? – zapytał zdziwiony.
- Za to, że masz takiego przyjaciela, jak ja! Zdrowie! – wypił całą zawartość jednym haustem.
- Dalej nie rozumiem! – burknął pod nosem.
- Jestem szczęściarzem! – wyjaśnił, choć dalej nie wystarczająco jasno.
Marek rozsiadł się wygodnie na kanapie. Spoglądał na przyjaciela wzrokiem pełnym zadowolenia. Specjalnie przedłużał moment opowiedzenia konkretów. Napawał się widokiem zniecierpliwionego Filipa.
- No mów wreszcie! – ponaglił go już poddenerwowany jego „gierką”. Brodecki jednak nie miał zamiaru odpowiadać. Zamiast tego rzucił szklanka o podłogę. Filip wybałuszył oczy.
- Szurnęło cię?! – rzucił wściekle.
Kucnął i zaczął zbierać odłamki szkła.
- …Ta twoja dupa poczęstowała cię jakimś prochem?! – jego zachowanie nie przypadło Filipowi do gustu. A tylko narkotyki mogły to usprawiedliwić. Pod ich wpływem często robił jeszcze głupsze rzeczy.
- Odkupię ci! – odpowiedział poważnie, głosem przebrzydle bogatego milionera, by ten się uspokoił. - Kupię ci nawet nową whisky! Porządną, a nie te twoje zlewki-podróbki! – zaproponował entuzjastycznie, podnosząc palec do góry, ale usta Filipa wykrzywiły się w grymasie. Dla niego bredził od rzeczy.
- Taa? Z czego? Za wszy?! – Marek spuścił wzrok z ignorancją i przewrócił oczami. - Jesteś spłukany! - specjalnie zaakcentował. - Niedługo zaczniesz ode mnie pożyczać na „gumki”! – Marek pomimo, ze usłyszał od Filipa smutną prawdę, z wybuchem radości wstał i podszedł do kolegi, chwytając za ramiona.
- Nie rozumiesz? – zapytał teatralnym szeptem. - Jestem bogaty! Znowu mam kasę! Dużo kasy! - Juuuuhuuu! – aż podskoczył, unosząc jedną rękę w górę w geście zwycięstwa.
- Obstawiłeś trafną szóstkę, czy …znalazłeś nową frajerkę? – ostatnie bardziej stwierdził. To drugie odparł już z przyzwyczajeniem, odrzucając ten pierwszy wariant.
- Yhym… -przytaknął. - Co prawda nie mam jej jeszcze na widelcu, ale to tylko kwestia czasu! Będzie jadła mi z ręki jak każda! – odpowiedział pewny siebie i uśmiechnął się chytrze.
- Znowu jakaś stara krowa? Maruś… ty się wykończysz! Mówię ci! Weź zaoszczędź, zbuduj dobrze prosperujący biznes i czerp korzyści…jak ja! – odparł nieskromnie.
- Stary, nie nadaje się do prowadzenia ani burdelu, ani „apteki z prochami”, a tym bardziej nie będę robił w wódce! – skrzywił się. – Potrzebuje kasy szybko, łatwo i… przyjemnie! I żeby się nie narobić… jak ty! – zaśmiał się, sam karcąc się za to kłamstwo.
- Przyjemnie z flakami? Nie pieprz, Brodecki! – wybuchł śmiechem, zginając się w pół.
Zaczął się z niego nabijać. On nigdy w życiu nie posunąłby się do tego, co robi Marek. Wolałby już ukraść, niż zdobywać je z takim poświęceniem. Marek przybrał za to srogą minę i odparł z lekką złością.
- Przynajmniej teraz powinno być bardziej zabawnie! …Jest młoda! I nawet ładna… – zaczął wymieniać - …ale…ma jedna wadę. Ma kasę! Sam widzisz, że z pieniędzmi nie wygrasz! To one pogrywają nami! …Szkoda tej małej… - zrobił udawaną, smutną minkę.
- Zebrało się na sentymenty? Nie kłam, oj, nie kłam! – pogroził mu palcem na żarty.
- Co mam powiedzieć? Taki zawód. A ona ma widocznie pecha do facetów! – rozłożył bezradnie ręce.
- Nie rozumiem…
- Nieważne! – wstał. – Będę już leciał!
- Wróć, jak będziesz mieć moje pięć kawałków! …Żartowałem! – dodał, kiedy Brodecki skarcił go wzrokiem. Filip doskonale wiedział, że nie ma z czego oddać, a nie raz to on pożyczał od Marka, kiedy ten okradł jakąś panią.
- Jak już coś się między nami skroi to dam ci znać! Nara! – miał już wychodzić, kiedy przystanął w progu mieszkania. – A! …Pożycz mi drobne…- rzucił ciszej, by nikt nie słyszał - …Muszę dopłacić za parking!

W kryminalnej kanciapie panowała absolutna cisza i spokój. Sprawa rozwiązana, raporty oddane przed godziną. Nic więc dziwnego, że podkomisarz Storosz dopadła nuda. Siedziała przy biurku, układając swoje mazaki w najprzeróżniejszych pozach. Była właśnie w trakcie tworzenia kolejnej z „kolorowych wieżyczek”, gdy znać o sobie dała jej komórka. Widząc nieznany numer, z lekkim wahaniem nacisnęła na zieloną słuchawkę.
- Storosz słucham?
- Basia? To ja Marek… pamiętasz mnie jeszcze? – dziewczyna, słysząc jego głos uśmiechnęła się pod nosem.
- Hmm… - udała, że się zastanawia – Facet od baru?
- Myślałem, że nazwiesz mnie troszkę ładniej, ale tak to ja. I mam dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia!
- Taaak? – celowo przeciągnęła samogłoskę.
- Taaak – naśladował ją – Chciałbym zaproponować Ci spotkanie… a właściwie randkę – to ostatnie powiedział prawie szeptem. Tak naprawdę nie czuł najmniejszego onieśmielenia, udawał tylko, by sprawić jej przyjemność. Tak, Marek Brodecki był doprawdy świetnym aktorem.
- Kiedy? – zadała krótkie, rzeczowe pytanie. Nadal była w rozsypce po rozpadzie związku z Damianem, ale nie potrafiła sobie odmówić randki z Markiem. „Przecież to jeszcze do niczego nie zobowiązuje” – tłumaczyła sobie.
- Choćby dziś! Jesteś wolna?
- No właściwie skończyłam już pracę…
- Super! Powiedz, gdzie pracujesz to po Ciebie podjadę – zaoferował z ochotą.
- Komenda Stołeczna Policji – wyrecytowała.
- Jesteś gliną?! – prawie krzyknął. Obawiał się trochę policji. Jeśli zostałby złapany na swoich „kradzieżach”, pewnie posiedziałby w pace kilka lat. A on przecież kochał wolność! Uwielbiał wieczorami wsiadać w swojego mercedesa i mknąć ulicami Warszawy z odsłoniętym dachem, przybierając przy tym zawrotne prędkości.
- Tak, a co przeszkadza Ci to? – w jej głosie wyczuł pretensję. Była chyba trochę przeczulona na punkcie swojego zawodu.
Serce podeszło mu do gardła. Wpakował się i to nieźle! Chciał wykorzystać policjantkę, a ona wyglądała na taką, co nie odpuści, gdy ktoś ją oszuka. Pewnie po kradzieży, byłaby w stanie postawić na baczność wszystkich kolegów z policji, byleby tylko go dopaść. Właściwie powinien się teraz wycofać, była jeszcze przecież na to odpowiednia pora. Nie zrobił tego. Rządza pieniędzy była tak duża, że przysłoniła mu trzeźwe myślenie. Trudno, najwyżej po tym wszystkim wyjedzie gdzieś zagranicę. Na razie postanowił się zbytnio nie przejmować zawodem swojej uroczej „naiwniaczki”.
- Nie, no skąd. Oczywiście, że nie! Po prostu mnie zaskoczyłaś. Nie myślałem, że taka piękna i delikatna kobieta, może być policjantką – wykręcił się, prawiąc jej komplementy – Już do Ciebie jadę!
- No to czekam, czarusiu – roześmiała się i nacisnęła czerwoną słuchawkę. Przygryzła dolną wargę i sięgnęła do torebki po puderniczkę.

Stał na parkingu oparty o maskę swojego merca. Czekał na Basię od dobrych dziesięciu minut i zaczynał się już nieco niecierpliwić. Uśmiechnął się szeroko, gdy w końcu ją zauważył. Przeszła przez szlaban i podeszła do niego.
- Jesteś wreszcie – niespodziewanie dla niej, musnął ją w policzek.
- Przepraszam, musiałam jeszcze przypudrować nosek – mrugnęła – To gdzie mnie zabierasz tą swoją wypasioną furą?
- Niespodzianka! – stwierdził z tajemniczą miną i otworzył jej drzwi auta. Już po chwili odjechali spod parkingu z piskiem opon.

Część 3.

Warszawa, może nie ma tak widowiskowych i zapierających dech w piersiach budynków jak nowojorski Manhattan, ale przecież nie można nie powiedzieć, że Warszawa nie jest stolicą europejską, bo nią jest. Peerelowski budynek wybudowany jako dar dla Polski od narodu rosyjskiego wciąż pozostaje symbolem miasta stołecznego i jako najwyższy budynek w kraju wybija się wśród nowopowstającej nowoczesnej architektury w centrum. To nie tylko zabytek, ale i doskonały punk widokowy, kiedy znajdziemy się kilkanaście metrów nad ziemią i możemy obserwować ludzi wielkości mrówek. Natomiast zasypiająca Warszawa, z trzydziestego piętra, oświetlona milionem malutkich światełek wydaje się bardziej przyjazna. Ma swój urok, dodając nutkę romantyzmu dla chwil spędzonych tylko we dwoje. Nic w tym dziwnego, że Pałac Kultury i Nauki, popularnie zwany „PeKiN” `em może także służyć za doskonałe miejsce na randki.
- Pięknie tu… - szepnęła z zachwytem, kiedy stała rozmarzona za kratą i wpatrywała się w ten uroczy widok.
Westchnęła z rozmarzeniem. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, że w Warszawie może mieć w sobie tyle magii i są jeszcze takie miejsca, gdzie panuje cisza i spokój. Wiele razy obserwowała to miasto z góry, ale nigdy wcześniej nie wydała jej się tak piękna. Może zakochała się w tym zakątku świata do jakiego ściągnęła z Przemyśla, małego miasteczka na południu Polski, jakieś kilka lat temu, ale od tego czasu zdążyła zauważyć, że nie jest tu tak bajecznie, jak jej się na początku wydawało. Widziała tu nie jedno okrucieństwo, śmierć, krew, łzy. Dzisiaj jednak odkryła piękno Warszawy na nowo i to za sprawą jednego człowieka – Marka Brodeckiego.
- …Nie, to ty jesteś piękna… - odparł lirycznie, patrząc z głębią w jej czekoladowe oczy.
Jego lśniły niezapomnianym blaskiem. Zmierzyła go wzrokiem, ale czując jak jej policzki spalają się rumieńcem speszona odwróciła głowę. Uśmiechnął się i zmienił temat, patrząc gdzieś przed siebie. Udał, że nie zauważył, jak mu się przygląda.
- Lubię tu przychodzić… - skłamał.
Odwrócił się i usiadł na kamiennym parapecie.
- Dlaczego? – zapytała z ciekawości.
Ten facet zaczynał ją fascynować. Był taki szarmancki, a przy tym swojski i naturalny, jakby był zwykłym „chłopakiem z osiedla”.
- …Często… - zawahał się na moment, ale szybko wymyślił kolejną bajeczkę. - …Uciekałem tu, jak miałem jakiś problem…Przeważnie po kłótni z ojcem…Nie mogliśmy się dogadać! Chcieliśmy dla siebie czegoś innego! – cały czas spoglądał jej w oczy, co bardzo jej się podobało.
Lubiła utrzymywać kontakt wzrokowy z rozmówcą.
- Czym ty się zajmujesz? …Właściwie to ja nic o Tobie nie wiem…- dodała ciszej, odwzajemniając spojrzenie.
Marka to pytanie wyraźnie nie zaskoczyło. Była gliną, więc w każdym momencie mógł się spodziewać małego przesłuchania. Miał jednak zbyt duże doświadczenie z kobietami, by nie poradzić sobie z niewinnym pytaniem.
- …To nic wielkiego… Nie tak ekstremalnego, jak twoja praca! - uśmiechnął się, odpowiadając zdawkowo. - Nie ganiam z pistoletem, jak ty!
- Mimo wszystko chcę wiedzieć! – posłała w jego kierunku promienny uśmiech.
- …No dobrze, ale będziesz się śmiać! …Jestem pisarzem! – spojrzała na niego wielkimi oczyma i wybuchła śmiechem.
- Naprawdę? – nie była w stanie w to uwierzyć, ale wydał jej się taki szczery, że to musiało być prawdą.
- No! Naprawdę! …Piszę kryminały…Ostatnio jakiś romans… – tu spojrzał na nią z charakterystycznym uśmieszkiem, wyszczerzając rząd białych, równych ząbków – Ale to tajemnica! …Właśnie tutaj znajduję inspirację, chyba, że trafi się jakaś… muza! – puścił jej oczko, na co spuściła wzrok, uśmiechając się skrycie.
- Yyy…- nie wiedziała, co ma powiedzieć. - Zaskoczyłeś mnie… Piszesz pod pseudonimem? Nigdy nie spotkałam na półce książek Twojego autorstwa, a staram się wypatrywać nowości!
- A jak często czytujesz? – zatkało ją to pytanie.
Wybuchł śmiechem widząc jej zakłopotanie.
- Nie tyle, ile powinnam, ale nie mam na to czasu! – wytłumaczyła nie chcąc wyjść przed nim na idiotkę, która się popisuje - …Chyba, że polecisz mi jakieś swoje arcydzieło! – uniosła znaczącą jedną brew.
Zaśmiał się teatralnie.
- Uwierz mi, że w bibliotece znajdziesz coś o wiele bardziej wartościowszego! Ja to tam…- machnął ręką. – Nie lubię polecać czegoś, do czego mam ogromny dystans!
- Daj spokój i nie bądź taki skromny! Wolny zawód wymaga wiele kreatywności!
- I myślisz, że ja jestem kreatywny? – zapytał już bardziej na poważnie.
- Myślę, że tak! – odpowiedziała pewna siebie, spoglądając mu prosto w oczy.
- …To co powiesz na kolację? … Może to mało kreatywne, ale noc jest jeszcze młoda…
- Mówisz jak poeta, a nie pisarz! – zaśmiał się, widząc jak spogląda na niego spod byka na żarty.
- Kto wie, może zmienię branżę! – uśmiechnął się w jej kierunku - …To co? Dasz się przekonać?
- Dobrze, ale… - uniosła palec wskazujący w górę – …mam nadzieję, że nie wykorzystasz tego spotkania jako materiał do nowej książki! – podszedł do niej i uniósł delikatnie jej dłoń w górę.
Pod pływem tego przyjemnego dotyku, jej ciało przeszyła dziwna fala gorąca.
- Obiecuję, że kiedy tylko skończę pisać, ty będziesz moją pierwszą recenzentką! - musnął wierzch jej dłoni cały czas patrząc jej w oczy i odszedł, zostawiając ją w osłupieniu.

- Wsiadaj, proszę – jak zawsze szarmancko otworzył jej drzwi mercedesa, na co ona uśmiechnęła się pod nosem. Damian nigdy nie potrafił się zdobyć na taki gest. Co innego Marek, on zdawał się adorować ją na każdym kroku. Chwilami miała wrażenie, że ten mężczyzna jest zupełnie z innej bajki. I to jej właśnie w nim imponowało.
- Gdzie jedziemy? – rozsiadła się wygodnie na miejscu pasażera. Podobało się jej to auto. Miało klasę. Od kiedy poznała Marka zdążyła już zarejestrować, że na brak gotówki nie narzeka. Markowe ubrania, drogi samochód… Była nawet zdziwiona, co on widzi w takiej dziewczynie jak ona. Prostej i szarej.
- Mówiłem Ci. Na kolację – ruszył „paląc gumę”, by się przed nią popisać.
- Ostro jeździsz – zachichotała.
- Ty pewnie też… - uśmiechnął się głupkowato.
Przez resztę drogi rozmawiali na raczej neutralne tematy. Czas mijał im szybko i przyjemnie. Dopiero gdy Marek zaparkował samochód w jednej z bogatych dzielnic stolicy, Basia zauważyła, że coś jest nie tak. Rozglądała się wokół siebie, ale nie zauważyła w pobliżu żadnej knajpki, czy restauracji.
- No to idziemy na kolację, madame – uśmiechnął się.
- Zaraz, zaraz… ale dokąd idziemy? – jak na policjantkę przystało w każdej sytuacji była czujna i rozważna.
- Do mnie. Nie musisz się mnie bać, nie jestem seryjnym mordercą – roześmiał się na widok jej lekko przestraszonej twarzy, jakby odgadując jej obawy.

Mokotów. Niedawno postawione budynki na ładnym osiedlu odgrodzone siatką. Nowoczesne rozwiązania architektoniczne, podziemny, strzeżony parking, małe sklepiki i mnóstwo zieleni. Tak wyglądała najbliższa okolica w mieszkaniu Brodeckiego. Metraż jego mieszkania liczył około siedemdziesiąt metrów kwadratowych. Dwa pokoje (w tym sypialnia), przestronny salon, kuchnia, łazienka i toaleta. Z pozoru normalne mieszkanie. Nie licząc faktu, że Marek wciąż jest kawalerem i jak dla jednej zamieszkałej tu osoby stanowczo za duże. Ale cóż Marek lubił przestrzeń. Salon wymalowany na kolor oliwki, a sufit w kolorze bieli. Jasne panele na podłodze, idealnie komponujące się ze stołem, krzesłami i małą szafą narożnikową. Wszystko wykonane z tego samego materiału. Biała kanapa z pistacjowymi poduszkami i fotele. Półki wyrzeźbione w ścianach, również w kolorze bieli. Zielony dywanik, zielone zasłony, z paskami brązu i zielone rolety. Ta kolorystyka koloru nadziei i czystości nadawała temu miejscu optymistyczny nastrój. Cisza i spokój domowego ogniska. Naprzeciwko kanapy telewizor LCD 46 cali z kinem domowym 5:1. Gdzieś w rogu wieża stereo. Nie było tutaj damskich bibelotów. Wręcz panował mały rozgardiasz. Na kanapie były porozrzucane koszula i jeansy.
- No to jesteśmy w moim królestwie – oświadczył – Przepraszam za mały bałagan, nie zdarzyłem posprzątać.
- Nie szkodzi. Typowe mieszkanie samotnego faceta – mrugnęła – Bo ty nikogo nie masz, prawda?
- A myślisz, że gdybym kogoś miał, przyprowadzałbym Cię tu? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Nie, chyba nie – zrobiło jej się trochę głupio.
- No właśnie – na jego buzi pojawił się charakterystyczny uśmieszek – To co zamawiamy pizzę? Bo kucharz raczej ze mnie marny.
- Wiesz, ile taka pizza ma kalorii?
- Akurat Tobie nie powinno to przeszkadzać. Jesteś taka szczuplutka – ogarnął wzrokiem jej filigranową sylwetkę.
- I tak jestem brzydka! – westchnęła – Mam wielki nos, mały biust i…
- Jesteś piękna – przerwał jej – Nigdy nie spotkałem jeszcze kobiety z tak niezwykłą urodą. W Twoim dużych, czekoladowych oczach zakochałem się od razu. I te usta… Zdaje mi się, że mają smak świeżo zebranych truskawek… - celowo mówił jak jakiś poeta. Przejechał kciukiem po jej wargach, które teraz były lekko rozchylone. Powoli zbliżył swoją twarz. Pocałował ją. Najpierw delikatnie, a czując, że Basi sprawia to przyjemność, coraz namiętniej. W tym wypadku nie musiał udawać. Naprawdę jej pożądał. Po chwili jego dłoń znalazła się pod jej bluzką, pieszcząc aksamitną skórę. Gdy poczuła jak palce Brodeckiego próbują pozbawić ją górnej części ubrania, w jej głowie zapaliła się czerwona lampka. Przestała odwzajemniać pocałunki, ale on w uniesieniu nawet tego nie zauważył.
- Zostaw – odepchnęła go od siebie – Myślałam, że naprawdę Ci na mnie zależy, a ty… Ty chciałeś mnie tylko przelecieć – roześmiała się nerwowo i zaczęła zmierzać do wyjścia.
- Basiu, to nie tak! – próbował ją powstrzymać.
- Nie dzwoń do mnie, nie przychodź, zapomnij! – zatrzasnęła za sobą drzwi.

Mieszkanie na warszawskim Bemowie. Głośna muzyka techno, ciężkie bity. Te wszystkie dźwięki dochodziły z trzeciego pietra. Z trudem dało się nawiązać jakąś rozmowę. Nic w tym dziwnego jak właściciel w ten sobotni wieczór urządził sobie małą imprezę. A co za tym idzie niezły bałagan. Mnóstwo ludzi przewijało się przez salon oświetlony jedynie małymi lampkami. Gdzieniegdzie można było spotkać migdalące się pary. To na krześle, to na balkonie. Nie obyło się bez cateringu i alkoholu. Świetne towarzystwo, ładne, skąpo odziane dziewczyny. Tak właśnie swoje urodziny świętował najlepszy kumpel Marka, a sam Brodecki od razu przyjął zaproszenia na świetną zabawę. Kochał imprezować i miał ochotę się trochę rozerwać, bo ostatnio nie wszystko szło po jego myśli. Od pamiętnego wieczoru z Basią minęło kilka dni. Storosz nie odezwała się do niego ani razu. Zaczynało go to martwić. Obawiał się, że plan spali na cholewce, że stracił okazję na zarobek. Musiał ją odstraszyć. Nie była jeszcze gotowa na taki krok w przód. Mógł się spodziewać, że po rozstaniu z narzeczonym nie tak łatwo wskoczy mu do łóżka. Popełnił poważny błąd, który nie wiedział, jak naprawić. Musiał się poradzić.
Siedział na kanapie z puszką piwa w ręce. Nawet nie zauważył, jak doszedł do niego przyjaciel. Tulił do siebie dwie piękne dziewczyny. Blondynkę i brunetkę.
- Później do was przyjdę! – rzucił do dwóch dziewczyn podniesionym głosem by usłyszały.
Zostawiły go samego z Markiem. Ten wydawał się taki milczący i zamyślony.
- Ej, stary! Co tak siedzisz! Fajna zabawa jest! Zobacz ile fajnych dup! Może jakąś wyrwiesz? – poklepał go po ramieniu.
Stuknął brzegiem kieliszka o puszkę z piwem. Filip wydawał się taki rozanielony, że nawet nie zauważył podłego nastroju kumpla.
- Mam problem…- powiedział wreszcie, spoglądając w jego kierunku.
Ten widząc, że to coś poważnego, usiadł obok. Panny natychmiast przestały go interesować. Odłożył przyjemności na potem.
- Co jest? – zapytał zmartwiony. – Nie mam więcej kasy, przysięgam! – Brodecki przewrócił oczami.
- Chodzi o ta laskę z baru! Olewa mnie od tygodnia! – wyjaśnił po w skrócie.
- Obraziła się? – wybuchł śmiechem – Nie no! Maruś, luz! Przejdzie jej! Im zawsze przechodzi jak okres dostaną! Sama do ciebie przyjdzie! – próbował go niefortunnie pocieszyć.
- Nie, chyba coś spier…spieprzyłem! – odparł się z westchnieniem o kanapę, wspierając głowę na łokciu.
- Co? – zapytał ciekawsko, ale wolał wiedzieć dokładnie, by pomóc mu rozgryźć naturę kobiet.
- …pomyliłem się, bo wcale nie jest taka łatwa jak mi się wydawało…Chciałem ją przelecieć, ale mi zwiała! – Filip wybuchł śmiechem.
- Tobie? …Starzejesz się! – dalej się śmiał - …Zwiała mu panna, dobre, dobre! – odwrócił na moment głowę, a Marka powoli zaczynał działać na nerwy.
- Zamknij się! – warknął - I lepiej mi pomóż wymyślić, jak ją udobruchać! – poprosił, o ile można było to nazwać prośbą.
Bardziej brzmiało to jak rozkaz.
- Czyli trafiła ci się cnotka… dziewica! – ostatnie przeliterował, ściszając ton, by nikt nie usłyszał.
Powiedział to tak, jakby trafiła mu się najgorsza rzecz na świecie.
- Nie wydaje mi się…Ty i twoje … Czy każda dziewczyna, która nie chce iść do łóżka musi być dziewicą? A te które chcą ze wszystkimi są normalne, tak? – Filip zmarszczył czoło zdziwiony tym, co opowiada.
- Ty lepiej już nie pij! – polecił mu.
- Masz rację, marudzę! …Zmęczony jestem! – westchnął ciężko.
- Lepiej mów, co jej nagadałeś! – klasnął w dłonie i pochylił się lekko do przodu.
Marek opowiedział przyjacielowi przebieg feralnego wieczora. Ten tylko słuchał.
- To co mi radzisz? – zapytał po skończonej opowieści.
- No nie wiem…kup jej jakieś kwiaty, czy coś, powiedz, że zachowałeś się jak kretyn! Zabajeruj! One to lubią, a ty w tym jesteś lepszy ode mnie! – Marek nie był usatysfakcjonowany.
Kiedy Filip zauważył, że jego kumpel nadal nie może się rozerwać, postanowił go do tego przekonać.
- Przestań myśleć o tej lasce! Zabaw się i zejdą z ciebie stresy! …Widzisz…To jest Karinka! – skinął głową na dziewczynę z drinkiem stojącą obok okna, która od dłuższego czasu obserwowała Brodeckiego z uśmiechem na ustach.

  The Rasmus dances
Ponieważ iż zbliża się szkoła mówię od razu, że nie wiem kiedy będzie następna część Jak dobrze pójdzie to w sobotę
Ta część jest z dedykacją dla wszystkich czytających

Następnego dnia, jak zwykle, chłopacy podjechali pod dom Gaby i czekali na nią. Nagle dziewczyna wybiegła cała zapłakana.
-Co jest?- zapytał Aki, ale przerwał mu Lauri:
-Pewnie ma kaca i nie wie co się się dzieje...
-Ta, jasne...
Gaby jednak miała inny problem:
-Zarąbali mi komórkę! Normalnie zarąbali mi komórkę! Mama mnie zabije!
Aki, Pauli i Eero przez chwilę mysleli po czym spojrzeli na Lauriego:
-No dobra, sorry, zapomniałem- i wyciągnął z kieszeni telefon.
-Co on u ciebie...- zaczęła Gaby, ale nie dokończyła.
-Długa historia- westchnął Aki i wszyscy wsiedli do jego autka.
-Nie boli cię głowa?- spytał w końcu Pauli, gdy widział że Gaby nie wykazuje żadnych normalnych objawów kaca.
-No jakoś nie...A powinna?
-No wiesz!- Lauri udawał złość- Wczoraj tyle się nagadałem, żeby Aki mógł ciebie jakos wstawić do domu, bo byłaś pijana, a ty nic nie pamiętasz?
-Lauri, sam pownineneś wiedzieć, że jak sie jest pijanym to sie potem niewiele pamieta- dodał na usprawiedliwienie Gaby Aki.
-No tak, ale... Ale mimo wszystko Gaby, masz bardzo fajowską mamę!- dodał Lauri szczerząc zęby.
-Przestan lepiej- powiedział do niego Aki- bo jeszcze tato Gaby to usłyszy i będziesz miał przerąbane.
-Będę się bił...- zaczął kolejną dyskusję Lauri, ale przerwała mu Gaby:
-Moi rodzice nie są razem.
-Taa? Jezu, przepraszam- chłopacy zaczęli gadać jeden przez drugiego.
-Gaby, tak mi przykro...- powiedział Aki
-Zamknij się Aki, skup na jeźdze i na kolankach Lauriego, bo widze że jest dziś na ciebie napalony i odwalcie sie od mojej rodziny. Było minęło, nie ma za co przepraszać. Nie wasza wina.
Gaby nie cierpiała takich głupich przeprosin, jakby ktoś umarł. Jasne, miała niepełną rodzinę ale to nie powód, żeby iść od razu do programu "Rozmowy w szoku" albo "Ja tylko rzygam" pt. Jestem półsierotą- w łep kulką czy smierć pigułką? Już zdążyła sie przyzwyczaić do swojej sytaucji i nauczyła sie o tym mówic bez wstydu, nie potrzebowala znowu współczucia.
Dojechali w milczeniu do sali. Na sali chłopacy stanęli niepewnie, Lauri zaczął mówić:
-Gaby, zastanawialismy się długo, czy jeszcze będziesz chciała nas uczyć i...jak nie chcesz to zrozumiemy...
-Ej- wstrąciła się mu Gaby- Do tej pory byliscie naprawdę okropni. Bez urazy, ale mówię serio. Do tego dochodził jeszcze mój chłopak, ktory na każdym spotkaniu podsycał moją niechęć do uczenia was. Ale teraz go nie ma, ale ja mimo wszystko mu udowodnię, że potrafię uczyć i nauczę was. Nawet jesli się nie nauczycie.
Przez chwilę była cisza a potem dało się słyszeć głośne westchnienie ulgi i na twarzach chłopaków pojawił się banan.
-No, to do roboty!- zakomenderowała Gaby nie mając ochoty na kolejne podziękowania czy przeprosiny. Włączyła muzykę- Teraz zatańczycie sami i pokażecie co się do tej pory nauczycieliście. Raz, dwa, trzy!
Może się dzis niewyspała, może zmieniła perspektywe patrzenia, ale rasmusi dzis naprawdę tańczyli całkiem nieźle. To znaczy nieźle jak na swoje skromne umiejętności.
-I co?- zapytali zziajani jak już skończyli
-No...-nie wiedziała jak to powiedzieć- całkiem dobrze jak na was.
Zadowoleni i mile połechtani w swoje męskie ego, Rasmusi potanczyli jeszcze i Gaby zarządziła przerwę.
-Gaby- jak zwykle zaczął Lauri, ale zrobił się czerwony i utknął.
-Tak?- ponagliła go. Czuła, że szykowała sie jakas niespodzianka. I może niezbyt miła niespodzianka.
-Bo...to pomysł Akiego, więc niech on mówi- powiedział szybko Lauri i spowodowal, że Aki w jednym momencie zrobił się czerwony:
-Czemu ciągle ja?! Wczoraj też ja, bo moje piwo, teraz ja, bo mój pomysł... A co to ja jestem?
-Zatkajcie się! Znowu zaczynacie się kłócić! Jesteście gorsi niż dzieci- przemówił Eero, któremu ciągłe sprzeczki Lauriego z kolegami działały na nerwy.
-Gaby- zwrócił się do dziewczyny- Chodzi o to, że chcielibysmy sobie zrobic wakacje. Ale wiemy, że nie mogłas pojechać z nami do Finlandii... I... Chcielibysmy zwiedzić Europę, jeżdżąc w Akiego samochodzie, ale chcielibysmy też pojechać z tobą, może jak bys się znowu na nas nie wkurzyła to mogłabys nas jezcze pouczyć tańczyć... Polubilismy cię, jestes fajna i chcielibysmy z tobą pojachać on holidays.
Gaby przez chwilę nic nie mówiła, ale w koncu rzuciła się Eera:
-To by było super! Naprawdę!- dała mu wielkiego buziaka i Lauri i Aki w duchu pomysleli, że jednak mogli się troche wysilić i przkazac tą radosna wieść- Dziękuję, że o mnie pomysleliście!
-Ale co na to twoja mama?- zapytał Pauli
-No wiesz...- Gaby się trochę uspokoiła- Nie planowalam w tym roku żadnych wakacji, i nie wiem co by moja mama powiedziała na jazdę po Europie w samochodzie z czwórką wariatów, ale... Może jak ją razem ładnie poprosimy to się zgodzi?
Chłopaków nie trzeba było długo namawiać. Zebrali się szybko i pognali samochodem do domu Gaby. Tam zastali jej nieco zdziwioną mamę.
-Na wakacje? W samochodzie? Z wami? Ale ja was nawet nie znam!
-Mamo, przeciez opowiadałam ci o nich!
-No tak, ale po raz pierwszy widze ich i na oczy i...
-Mamo...
-Poza tym gdzie sie konkretnie wybieracie?
-W Europę- powiedział Lauri cały czas usmiechając się, z resztą jak i reszta, swoim firmowym usmiechem.
-Europa jest trochę duża- kobieta zwróciła uwagę na dosyć drobny szczegoł.
-Mamo... Proszę...
-Nie wiem, Gabrysiu, nie mówę nie, ale musze to sobie przemysleć.
-Dobra, ale uprzejmie proszę o pozytywne rozpatrzenie mojej prośby, ok? Mamusiu...
-Zobaczymy, idźcie już sobie, musze dokończyć obiad...
Cała piątka, niezbyt zadowolona zdecyzji Gaby mamy, wyszła przed dom.
-To my teraz jedziemy do hotelu- oznajmił Aki- A jak coś to daj znać. Mam nadzieję, że się zgodzi.
-Tez bym chciała- powiedziała smutno Gaby machając chłopakom na do widzenia.

Gaby własnie kończyła rysowac obrazek, jak zwykle karykatura, gdy z dołu dobiegł ją gos mamy:
-Gabrysiu! Wyjdź z psem!
-Przecież byłam- odkrzyknęła. Ile razy mozna wychodzić z psem?
-Ale Bobik chce znowu!
-To niech se chce...- mruknęła pod nosem, ale ubrała siebie i psa i mimo, że nie miała ochoty na wychodzenie, wyszła.
-Jesteś głupi, wiesz?- mówiła po cichu do psa. Na dworze było już ciemno, ale to nie znaczy, że mówienie do siebie (czy też psa) o tej porze jest normalne.- Sikasz i sikasz... Jeszcze kupe walnij do kompletu i narzygaj...
Bobik jednak nic sobie nie robił z uwag swojej właścicielki tylko wąchał kolejne murki i drzewka.
-Ej ty szmato!- krzyknął nagle ktoś za nią i Gaby z Bobikiem aż spodskoczyli. Pies, mimo, że malutki, zawarczał próbując odstraszyć intruza. Zaś dziewczyna nie czując bicia serca odwróciła się powoli:
-Prze..Przemek?- byla zdziwiona widok byłego... Albo może i nie była.
-No co? Nie cieszysz się na mój widok? Ej, to ja twój chłopak! Wiesz, co powinnaś mi teraz robić!- zbliżył się do dziewczyny, złapał ją i szarpnął za włosy. Poczuła od niego alkohol.
-Zdradziłaś mnie, ty dziwko! Szlajasz się z jakimis innymi frajerami...Ale ze mną nie tak łatwo skończyć- szeptał jej do ucha, czuła jego smierdzący oddech.- Prędziej ja skonczę z tobą!- błysnęło jej ostrze noża. Bobik szczekał cały czas, wypusciła smycz.Poznała Przemka na tyle, żeby wiedzieć, że był w stanie zrobić wszystko. Zwłaszca jak był pijany.
-Zostaw mnie!- powiedziala, jednak jej głos był tak cichy, że chyba nawet jej nie usłyszał. Chciala krzyczeć, ale nie mogła.
-Jak myślisz?- drażnił się z nią szarpiąc cały czas za włosy i machając nożem przed nosem.- Będziesz krzyczeć bardzo jak ci poderżnę gardło? A może w ogóle? A może jeszcze mi podziękujesz, że nareszcie z tobą skonczyłem, szmato?!
Puścił jej włosy i rzucił na ziemię. Upadła na cztery i podparła się rekoma. Poczuła kopnięcie w plecy.
-Bedziesz się tarzać przede mną...- mówił chyba do siebie Przemek-Tak...
Rozległ się jego głośny smiech. Smiał się okropnie, Gaby pomyslała, że to chyba smiech smierci, bała sie, bała sie strasznie...
Smiech umilkł. Czekała na cios nożem, jednak nic takiego nie nastąpiło. Poczuła tylko, jak czyjes ramię ją delikatnie podnosi:
-Żyjesz?- ktoś zapytał szeptem. Znała tą twarz.
-Aki...- w tym momencie po twarzy zaczęły płynąć jej łzy. Poczuła się bezpieczna. Żywa. Z dala od smierci. Nawet nie chciała patrzeć w kierunku leżącego na ziemi pijanego Przemka.

-Aki ty to masz nosa!- stwierdził Lauri, gdy już wszyscy bezpiecznie siedzieli w hotelu. Przemek został aresztwany, jak się okazalo był już karany i mial na sumieniu inne grzeszki typu dealesrtwo i napastowanie nieletnich. Gaby i Aki byli po przesłuchaniach i byli dosłownie padnięci.
-Gdyby nie on, to nie wiem czy zobaczylibysmy jeszcze żywą naszą tancerkę- stwierdził smutno Pauli.
-Przestańcie! Przecież zrobiłem tylko to, co każdy by z was zrobił! Poszedłem sie przejść i akurat byłem i...
-Uratowałes mnie...- powiedziała cicho Gaby i oparła głowę o ramię Akiego. Na komisariacie przebadali ją lekarze i swteirdzili, że jest jeszcze w szoku, kóry w prawdzie powoli mijal, ale jeszcze był.
Aki nic nie powiedział tylko sie zarumienił.

Aki obiecał mamie Gaby, że odwiezie dziewczynę do domu. Jej mama była w równie wilkim szoku, co sama poszkodowana, o wypadku dowiedziała się dopiero od policji, gdy już było po wszystkim.
Siedzieli własnie w samochodzie Akiego pod Gaby domem i zbliżal się czas pożegnania.
-Niezłe ziółko z tego Przemka było... O bys więcej takiego chłopaka nie miała...- Aki przerwał bo zrozumiał jak to zabrzmialo.
-Hehe, oby... Jeszcze raz dziękuję ci Aki...- i pocałowała go delikatnie w policzek.- Gdyby nie ty...- zaszkliły się jej oczy...
-Wiesz, że nie pozwolę cię skrzywdzić.
Gaby uśmiechnęła się w odpowiedzi.
Już miała wychodzić, gdy Aki zatrzymał ja ostanim pytaniem:
-Czy wczoraj... Gdy cię odwieźlismy do domu... Pamiętasz coś z naszej rozmowy?
-Nie nic...- Gaby potrząsnęła głową- Ale jesli powiedziałam coś głupiego to przepraszam...- roześmiała się razem z chłopakiem
-Nie, nic takiego...- Aki silil się na usmiech, który zgasł dopiero gdy Gaby zniknęła w drzwiach domu.
Czy ludzie pijani zawsze mówią bzdury czy czasem rzeczy o których wstydzili by się lub bali powiedzieć na trzeźwo?

-Cieszę sie, że już jesteś w domu- mówiła po raz kolejny mama Gaby do swojej córki pochylając się nad nią, gdy leżała opatulona w łóżku- Zawsze powtarzałam, że tez Przemek to czarny typ... Dobbrze, że bliżej się z nim nie zadawałaś...
Gaby usmiechnęła się smutno. Gdyby jej mama wiedziała jak bardzo się myli pewnie... Ach, szkoda mysleć.
- I wiesz co?- dodała na odchodnym- To jak zachował sie dzs twój kolega...Kaki, tak?
-Aki- poprawiła ją Gaby
-Aki, no własnie... Myslę, że możesz z nimi pojechać na te wakacje. Są odpowiedzialni.
I niie czekając na odpwiedź, mama wyszła zgaiła światło i wyszła z pokoju.
Gaby długo szukała swojej komórki.